Strona Główna » Okiem podróżnika - wspomnienia » Rower – czyli jak to się zaczęło….

Rower – czyli jak to się zaczęło….

Zanim zaczniemy opisywać nasze wspomnienia i relacje z dotychczasowych wyjazdów, warto byłoby wyjaśnić jak, kiedy i dlaczego narodziła się idea wypraw rowerowych. Było to dość dawno temu, ale nie znowu aż tak dawno, żeby pamiętali to tylko najstarsi „Górale”.

Pasja do rowerów pojawiła się w głowie Darka, jeszcze zanim otworzył pierwszy sklep rowerowy. Można powiedzieć, że najpierw pojawiło się zainteresowanie rowerami, a dopiero później idea otwarcia istniejących po dziś dzień sklepów rowerowych. Wtedy to też Kuba (prywatnie chrześniak Darka), mający niewiele ponad 12 lat, spędzał kolejne wakacje w Kołobrzegu, gdzie wraz z Darkiem śledził zmagania kolarzy podczas etapów Tour de France. Po etapach często następowała krótka przejażdżka, podczas której nie raz odbywały się „pasjonujące” pojedynki pomiędzy „kolarzami”. Oczywiście z racji wieku to Darek był Lancem Armstrongiem, a Kuba mógł co najwyżej pogodzić się z rolą nieżyjącego już Marco Pantaniego. Owszem zdarzały się sporadyczne (historyczne) zwycięstwa Kuby, jednak o tym czy były one wynikiem jego nagłego przypływu sił, czy też łaskawego oka Darka (Armstronga), zadecydujcie sami. Poniżej mała podpowiedź 😉

Fakt jest jednak faktem, że słynnym Mont Ventoux w owych czasach była niespełna 100 metrowa górka, niemniej jednak też było wietrznie, wszak rzecz działa się nad morzem….

Pierwsze wyprawy zaczęły się jakieś 2-3 lata później. Kultowym po dziś dzień miejscem pierwszych weekendowych wypadów było pojezierze drawskie. Tu scenariusz najczęściej wyglądał tak – autem do Połczyna, potem rowerem do zajazdu Leśny Dwór w Iłowcu (niedaleko od Wałcza – strasznie klimatyczne miejsce, polecamy!) i następnego dnia powrót. Jeszcze bez sakw, namiotów, jedzenia, gór, ale za to już z uśmiechem na twarzach i poczuciem kompletnej niezależności. Trudno teraz przypomnieć sobie ile było takich wypadów, warto jednak wspomnieć, iż ostatni miał miejsce w ostatnim roku jako ostatnie przygotowanie przed wyprawą na Bałkany. Zapewne nie raz jeszcze będzie okazja bliżej przypomnieć te wyprawy, bo na pewno miały one swój klimat.

Następnie przyszła kolej na góry. Pierwszy górski wypad odbył się w Szklarskiej Porębie, czyli miejscowości, w której zaczęły się również wspólne wyjazdy narciarskie obu Panów. To właśnie dlatego meta zeszłorocznej wyprawy miała miejsce – sentymentalnie- w „Szklarskiej”.  O tym wyjeździe też na pewno jeszcze będziemy pisać, gdyż jest on źródłem wielu tzw. klasyków 😉

Większe góry to wyjazd do Austrii w 2006 roku. Tam też udało się zdobyć takie szczyty jak Patscherkofel (2246 m.n.p.m) czy pokonać słynną Großglockner-Hochalpenstraße i dojechać do stóp lodowca Grossglockner. Ten ostatni podjazd był chyba pierwszą tak trudną przeszkodą z jaką przyszło im się zmierzyć i o jakiej tak marzyli oglądając zmagania kolarzy na górskich etapach Tour de France. O tym, jak o mały włos nie udałoby się zdobyć upragnionego szczytu, jak można wyziębić organizm i doprowadzić się do granic wytrzymałości oraz jak wskakuje się w krzaki ze strachu przed austriacką policją, też oczywiście jeszcze będzie….

Po tym wyjeździe drogi się trochę rozeszły. W tym czasie Darek dwukrotnie wybrał się w samotne na wyprawy w polskie góry, przy czym za drugim razem zjechał je całe. Była to pierwsza wyprawa z sakwami i pełnym ekwipunkiem wyprawowym. Następnie nastał rok 2008, a wraz z nim w rowerowych życiu Darka pojawił się ktoś trzeci….

Rafał, z początku klient, z czasem przyjaciel i kompan trzech niezapomnianych podróży. Pierwsza z nich w 2008 roku miała miejsce na Ukrainie, a brali w niej udział tylko obaj Panowie. Po tej wyprawie Rafał napisał książkę, której fragmenty systematycznie będziemy zamieszczać na Blogu.

Rok 2009 to „powrót” Kuby i wspólna – trzyosobowa, wyprawa na Ukrainę i do Rwąca drogaRumunii. Z tej wyprawy zachowały się jeszcze zeszytowe zapiski, których oczywiście nie zamierzamy utajniać.

Była zatem samotna wyprawa Darka, dwójkowa z Rafałem i trzyosobowa z Rafałem i Kubą. Wniosek prosty,  w kolejnym roku przyszła kolej na wyprawę….4 osobową. Podczas ostatniej wyprawy w 2010 roku do ekipy dołączył Marek. Komandos, muzyk, rowerzysta –  człowiek orkiestra. Co prawda czteroosobowa ekipa, podzieliła się na dwie grupy po niespełna dwóch tygodniach, niemniej jednak każda z nich ma swoje własne niezapomniane wspomnienia z tej wyprawy i chętnie się z nimi podzieli.

Tyle tytułem wstępu. Teraz wiecie już jak i kiedy narodziła się w nas pasja do rowerów oraz o czym mamy zamiar pisać. Mamy nadzieję, że zachęcimy tym samym niejednego z Was do spakowania sakw, ruszenia w drogę i  rozpoczęcia swojej własnej przygody….

Pozdrawiamy !